piątek, 26 kwietnia 2013

Język norweski? To skomplikowane.

Norwegia jest bardzo zróżnicowanym krajem pod wieloma względami. Ma aż trzy języki urzędowe i niezliczoną ilość lokalnych dialektów. Dialekty są tym, co najbardziej utrudnia naukę tego dość prostego języka. Dumny i blady, gdy podczas kursu zaczynasz rozumieć ludzi z taśm i swojego nauczyciela, idziesz przeprowadzić swoją pierwszą konwersację w sklepie... i okazuje się, że nie rozumiesz NIC, bo dialekt, bo inna wymowa, bo zupełnie inne słowa. Po dłuższym treningu zaczyna się wyłapywać pewien schemat ułatwiający odgadywanie słów używanych przez ludzi wśród których mieszkasz - ale co z tego, skoro przenosząc się na drugi koniec kraju musisz uczyć się od nowa.

Ile jest dialektów? Tyle co miast i wiosek - i jeszcze troszeczkę, bo miasta takie jak Haugesund (wielkości Świnoujścia) mogą ich mieć kilka. Zdarza się - rzadko bo rzadko, ale jednak - że dwóch Norwegów musi komunikować się między sobą po angielsku. Na szczęście angielski znają tu wszyscy. Na poniższym wideo możecie posłuchać różnic w intonacji.


A na tym odmiennego słownictwa. Piosenka składa się tylko z jednej zwrotki, powtarzanej we wciąż nowych dialektach:

Nie tylko odmienne słownictwo potrafi zasiać zamęt. Mój przyjaciel z Kongsberga próbował pewnego razu skomunikować się z siostrą mieszkającą na północy kraju. Zadzwonił, a telefon odebrał jej mąż. Dialog wyglądał mniej więcej tak:

- Cześć, chciałbym rozmawiać z siostrą.
- *z głębokim smutkiem" - przykro mi, ale to niemożliwe...
- Co się stało? Miała wypadek? Choruje?
-*z jeszcze głębszym smutkiem" - nie, poszła do sklepu...

Głęboki smutek w głosie to po prostu jedna z cech charakterystycznych dialektu tamtego miesjca. Inne potrafią brzmieć nieco hindusko, jeszcze inne gardłowo, melodyjnie lub skrzekliwie. Mieszkańcy Haugesund twierdzą, że ich dialekt jest najseksowniejszym w całej Norwegii, i że wyrywają na niego mieszkańców Stolycy. W moich uszach brzmi raczej dziecinnie - spróbujcie powiedzieć "ciepe ciokolade i cina"* nie brzmiąc jak szalona babcia ciumciająca do oseska.

*kjøpe sjokolade i Kina = kupić czekoladę w Chinach

Jak wspomniałam powyżej, Norwegia uznaje aż trzy języki urzędowe: Bokmål, Nynorsk i Samisk. Bokmål jest najbardziej popularnym językiem i jedynym, którego możemy nauczyć się na kursach dla emigrantów. Jest to język, który można nazwać "naturalnym" - gdyby nie interwencja rządu, tylko on byłby "wspólną mową" tego kraju. Jego kształt jest ściśle związany z burzliwą histrorią Norwegii. Choć teraz jest ona jednym z najbogatszych krajów świata, nie było tak zawsze. W zasadzie poprzednia Złota Era skończyła się w trzynastym wieku, a następujace po niej pasmo nieszczęść trwało aż do wieku dwudziestego. W 1349 roku zaraza wybiła połowę populacji. Zdziesiątkowany naród był zbyt słaby, by  móc sobie radzić samodzielnie. Stworzono więc Unię Kalmarską łączącą trzy skandynawskie narody, tym bardziej naturalną, że z powodu praw sukcesji Dania i Norwegia miały wspólnego króla. Ponieważ w tym czasie Dania miała większą populację niż Norwegia i Szwecja razem wzięte, stamtąd zarządzano unią, co wywarło głęboki wpływ na kształt relacji pomiędzy skandynawskimi krajami. Dwór i lwia część urzędników posługiwała się głównie duńskim. Wpływy duńskiego wzrosły jeszcze bardziej po 1520 roku, kiedy to Szwecja wzmocniła się na tyle, by zawalczyć o niezależność. Norwegia jednak wciąż była słabym, kiepsko zaludnionym rolniczym krajem z ogromnym pechem. Kiedy w 1537 próbowała się bronić przed narzuconą przez Danię reformacją, opór został bez większego wysiłku stłamszony, wszystkie skarby kościoła wywiezione do Danii, a ziemie kościelne przeszły na duńską własność. W tym czasie też zaczęto nauczać w norweskich szkołach wyłącznie duńskiego języka. W szesnastym wieku w całej Norwegii mieszkało tylko 150 tysięcy osób. Az do początku dziewiętnastego wieku Norwegia musiała oddawać dwie trzecie narodowego dochodu Danii. Dopiero w 1814 ten wyniszczony kraj odbiła sobie Szwecja, zgadzając się na stworzenie norweskiej Konstytucji. Na niepodległość Norwegia musiała czekać jeszcze niemal sto lat, aż do 1905 roku. Straszliwy pech nie dał jednak o sobie zapomnieć - pozwolił cieszyć się wolnością tylko czterdzieści lat - do momentu, w którym naziści postanowili wcielić w życie plan podboju świata. Na poniższym wideo historia Świata z punktu widzenia Norwegii:


Jak można się spodziewać po tylu stuleciach ucisku język, którym posługiwała się rdzenna ludność niewiele przypominał język wikingów. Tak właśnie powstał Bokmål - skrzyżowanie starych dialektów z silnymi wpływami duńskiego.  Centrum Bokmålu to Oslo - dlatego też mieszkańcy zachodniego wybrzeża twierdzą, że Oslo to nie Norwegia. Odmawiają posługiwania się tym językiem, uzywając w zamian lokalnych dialektów. Korzystają z niego tylko, kiedy jadą do Danii, po czym oburzają się na duńczyków, gdy ci ich nie rozumieja - twierdząc, że robią im to na złość. "Przecież mówimy do nich po duńsku!"

Po wojnie rząd norweski postanowił wrócić do korzeni - pozbyć się tych irytujących duńskich wpływów i wprowadzić do użytku prawdziwie norweski język. Do tego celu użyto Nynorsk, który został sztucznie stworzony w dziewiętnastym wieku przez językoznawcę i poetę Ivara Aasena.

Jak się tworzy nowy język? Ivar jeździł po całym kraju wsłuchując się w przerozne dialekty. Twierdził, że mają one wspólną bazę, która jest jednak odmienna w swej istocie od podstawowych zasad duńskiego, i gdyby wydestylować zasady wspólne dla wszystkich dialektów, otrzymało by się język perfekcyjnie norweski.

Nynorsk jest jednak o wiele mniej intuicyjnym językiem niż Bokmål i mimo, że dzieci uczą się go w szkołach, na codzień posługuje się nim tylko około dwunastu procent całej populacji. Największą popularnością cieszył się w latach czterdziestych dwudziestego wieku, kiedy po zakończeniu drugiej wojny duch patriotyzmu najsilniej płonął w narodzie.

W trzecim języku urzędowym, Samisk, nie znajdziemy żadnych podobieństw do dwóch poprzednio wymienionych. Nie należy on nawet do tego samego drzewa językowego - a najbliższych krewnych posiada dopiero w Finlandii. Samisk to tak naprawdę nawet nie jest jeden język - tylko nazwa zbiorcza różnych dialektów, którymi posługują się Sami. Możecie ich znać jako Lapończyków, ale podobnie jak w przypadku Eskimosów, nazwa ta jest dla nich obraźliwa. Mimo iż Sami żyli na dalekiej północy od wieków, nie byli akceptowani przez norweskie społeczeństwo - delikatnie mówiąc. Długie wieki ignorowani, zostali w dziewiętnastym wieku poddani nieudanym próbom przymusowej norwegizacji. Dopiero w 1990 roku uznano wreszcie oficjalnie ich prawo do pielęgnowania własnego języka i kultury, utworzyli nawet swój własny parlament.

A tak z norweskim radzą sobie obcokrajowcy :



czwartek, 25 kwietnia 2013

Karmøy - Kolebka Wikingów.

Istnieją trzy metody, aby dostać się na Karmøy. Można przylecieć samolotem, przekroczyć most, lub przypłynąć łódką. Niezależnie od wybranej metody, nie daje się nie zauważyć, że wkraczamy na teren, którego charakter definiują wydarzenia minionych wieków. Po przekroczeniu mostu widzimy sylwetkę pierwszego kościoła i Skamieniałych Panien. Na lotnisku zaś witają nas rysunki przedstawiające wikingów, Sleipnira i Jormungadna, oraz wiele obiecujący napis: The homeland of the Viking Kings. Historia tej podłużnej wyspy sięga jednak dużo głębiej, aż do epoki kamienia łupanego.

Cała Karmøy usiana jest dobrze zachowanymi reliktami historycznymi. Plotka głosi, że rolnicy doskonale zdają sobie sprawę z drzemiących pod ich ziemią skarbów, ale nie informują o nich nikogo, gdyż musieliby z własnej kieszeni opłacić wykopaliska. Faktem jest, że to właśnie tu znaleziono fantastycznie zakonserwowane drakkary, na podstawie których lokalny zapaleniec zbudował w pełni funkcjonalną replikę:


Więcej o projekcie: http://den.vikingkings.com

Co działo się tu w odległych czasach kamienia, brązu i żelaza, możemy jedynie próbować odgadnąć na podstawie wykopanych szczątków. Naprawdę ciekawie zaczyna się jednak robić około siódmego wieku naszej ery, kiedy Półwysep Skandynawski podzielony był na kilkanaście - jeśli nie kilkadziesiąt - małych królestw. Jedyne źródła, które opisują tamten okres spisane zostały dopiero w trzynastym wieku, są więc mocno wypaczone i na wskroś przesączone mistycyzmem. Pokazują jasno, że już wtedy Karmøy było istotne strategicznie - doszło tu między innymi do bitwy dwóch legendarnych władców - Augvalda Najeźdźcy i Ferkinga Obrońcy. Ich starciu poświęcone są aż trzy różne sagi. 

Czasy końca udzielnych książąt zbliżały się jednak szybkim krokiem. Harald Pięknowłosy był właśnie takim  władcą. Według legendy zakochał się w pięknej, lecz dumnej dziewczynie. Gdy uderzył w konkury, wyśmiała go mówiąc, że nie będzie godny jej ręki, dopóki nie rzuci jej do stóp zjednoczonego królestwa. Harald, zamiast obrazić się i skierować uczucia ku innej, wziął sobie jej słowa do serca. Zaczął gromadzić armię i podbijać sąsiednie ziemie, aż wreszcie doszło do bitwy pod Hafrsfjord - bitwy, która zadecydowała o zjednoczeniu kraju i utworzeniu Królestwa Norwegii. Bitwę tę upamiętnia monument postawiony u wybrzeży Stavanger, przedstawiający trzy miecze - Sverd i Fjell.


Harald miał co najmniej sześć żon i co najmniej dwudziestu synów, w związku z czym spora ilość rdzennej ludności może odszukać w swoich genach  ślady po pierwszym królu.

Dlaczego jednak ze wszystkich możliwych miejsc akurat Karmøy przypadła rola kolebki wikingów i zalążka Norwegii? Jedna z wersji opowiada o statku pełnym wycieńczonych wojów, którzy od wielu dni nie mogli znaleźć źródła słodkiej wody. Kiedy odkryli je w pobliżu Avaldsnes, uznali je za znak od bogów i założyli tam swoją osadę.

Druga wersja, bardziej przyziemna, zwraca uwagę na to, że z powodu prądów morskich i paskudnych podwodnych skał było bardzo łatwo kontrolować tamtejszą cieśninę - a kto ma kontrolę ten ma władzę. Cieśninę, którą według legend codziennie pokonuje Thor, by odwiedzić Yggdrasila, drzewo życia.

Co jednak robi chrześcijański kościół wśród pogańskich wikingów? Postawił go tam prawnuk Haralda Pięknowłosego, Olaf Tryggvason, człowiek, który schrystianizował Norwegię.


Nie był to jednak ten sam budynek, który możemy podziwiać dzisiaj. Ten został zbudowany w wiele lat po śmierci Olafa, a budowa trwała siedemdziesiąt lat. Co ciekawe, cała bryła kościoła pokryta jest runami, mającymi uczynić budynek niezniszczalnym. Biorąc pod uwagę, że budowę zaczęto w 1250 roku, a budynek nie wygląda na tknięty zębem czasu, zaklęcia działają bez zarzutu.


Wikingowie wciąż oddziałują na wyobraźnię ludzi i są magnesem na turystów. Zbudowano tu więc muzeum poświęcone kolebce Norwegii i skansen pełen wikińskich budowli. Muzeum, choć niewielkie, jest bardzo dobrze przygotowane, a każdy eksponat został opisany co najmniej dwoma językami. Latem w skansenie odbywa się festiwal wikingów, podczas których ludzie przebierają się w historyczne stroje i oddają rozrywkom tamtych czasów, takim jak choćby strzelanie z łuku.

Dokładnie naprzeciw Avaldsnes leży Visnes, które często znika w cieniu swojego sławniejszego sąsiada. Ma jednak przecież swoje smaczki i niespodzianki, choć może nie tak spektakularne jak kolebka pierwszych królów. W 1865 odkryto tu złoża miedzi i założono kopalnię. Była to największa kopalnia miedzi w całej Norwegii, dostarczająca surowca całej Europie. Stąd pochodził materiał, z którego wykonano Statuę Wolności. Jej mniejsza kopia stoi tuż obok muzeum górnictwa.


Teren dokoła dziś nieczynnej kopalni jest przepiękny. Las jest aż granatowy od jagód, tu i ówdzie można zobaczyć resztki dawnych budynków - czasem zupełnie nieźle zachowane. A widoki na morze zawierają dech w piersiach.


Mimo, że wyspa jest stosunkowo mała - tylko trochę ponad dwieście kilometrów kwadratowych - ludzie ją zamieszkujący porozumiewają się za pomocą kilku różnych dialektów. Mimo, iż jest na niej tylko kilka osad - każda z nich ma wyraźnie odrębny charakter.

Skudeneshavn znajduje się dokładnie na drugim końcu wyspy, na jej południowym skrawku. Jest mekką miłośników łódek, jachtów i motorówek, co roku odbywa się tam festiwal marynistyczny, który przyciąga rzesze zapaleńców. Maleńka mieścina wtedy pęka w szwach. Jak małe jest to miejsce? Cóż, można wspomnieć, że mieszka tu tylko pięć tysięcy osób (a podczas festiwalu przybywa trzydzieści pięć tysięcy gości i 600 łódek). Można zauważyć, że mieszkańcy mają do dyspozycji tylko jedną restaurację. Myślę, że jednak najlepiej charakter Skudeneshavn oddaje fakt, że to właśnie tutaj znajduje się najmniejsza na świecie kawiarnia.


W mikroskopijnym pomieszczeniu zmieści się tylko jeden kupujący, który zresztą natychmiast musi wyjść, by umożliwić zakup napoju następnemu w kolejce.

Wąskie uliczki są niesamowicie urokliwe. Część domów dumnie prezentuje marynistyczne ozdoby - a to stary galion przyczepiony do głazu w ogrodzie, a to elementy wyposażenia mostku przystrajające drzwi.


Niektóre z urokliwych uliczek, tak wąskich, że samochód otarłby sobie oba lusterka, prowadzą do parku. W parku tym zaś znaleźć można kolejną ciekawostkę - jeśli tylko wie się, gdzie szukać. Chodzi o tajemniczy kamień, którego skład chemiczny ma się nijak do skał, które spotkać można w okolicy. Legenda głosi, że jest to meteoryt, który spadł na ziemię z księżyca - stąd też jego oficjalna nazwa - "księżycowy kamień". Najnowsza teoria wysunięta przez naukowców mówi jednak o lodowcu, który przesuwając się przeniósł głaz ze sobą z jakiegoś odległego miejsca. Głaz zgodnie z przysłowiem milczy, a my możemy sobie wybrać teorię, która podoba nam się bardziej.


I taka właśnie jest Karmøy - pełna legend, które czyhają za każdym głazem i drzewem.  Jak choćby legenda o Pannach z Kamienia, o których wspomniałam na początku tego przydługiego postu. Ponoć jeden z władców wikińskich podróżując statkiem zobaczył piękne panny stojące na brzegu. Złożył im nieprzyzwoitą propozycję, lecz one z przyzwoitości odmówiły. Oburzył się jarl i rzucił na nie klątwę - zamieniły się w kamień. Jednak złe czyny nie uchodzą nikomu na sucho - jego statek rozbił się o te właśnie skały. Do dziś można je oglądać podczas przekraczania jedynego mostu prowadzącego na wyspę.

Część zdjęć udostępnił mój gość i przyjaciel - resztę jego fotografii znajdziecie tutaj: http://zle-misie-sni.flog.pl/

środa, 24 kwietnia 2013

Reaktywacja

Pewnego dnia wyjechałam do Norwegii. Pewnego dnia okoliczności zmusiły mnie do powrotu do kraju. Rok temu przyjechałam tu znowu. Tym razem na dobre (tfu tfu i pukanie w niemalowane drewno).

Poniższe posty zostały napisane podczas pierwszego pobytu, kiedy byłam jeszcze mocno nieopierzoną emigrantką. Garść najciekawszych podróży, które miałam możliwość wtedy odbyć. Teraz, kiedy znów stoję twardo na własnych nogach, zaczynam planować kolejne.

Stay tuned :)

El Ferrol

26 grudnia 2007

Tym razem informację o wyjeździe dostałam stosunkowo szybko – o 15:30, zaledwie pół godziny przed wyjściem z pracy, ale aż trzynaście godzin zanim ruszyłam z kopyta spod domu. Tego samego wieczoru z Radkiem zorganizowaliśmy małą kolację (czyt. popijawę) świąteczno noworoczno pożegnalną dla naszych najbliższych znajomych i przyjaciół. Radek poczęstował wszystkich przepyszną cytrynówką własnej roboty, każdy z gości też przyniósł jakąś procentową ciekawostkę, tak więc około północy wstałam chwiejnym krokiem od stołu, mając w pamięci ten drobny fakt, że przecież za cztery godziny wyjeżdżam.

Wybiła czwarta dwadzieścia i tak rozpoczął się bieg po zdrowie. Z wizgiem opon taksówki wyhamowałam przed lotniskiem Oslo Torp na dwadzieścia minut przed odlotem samolotu ( być może pewien wpływ miało pewne opóźnienie związane z rozpaczliwą potrzebą mojego ciała, domagającego się opróżnienia żołądka do przydrożnego rowu – pamiętajcie, nie mieszajcie cytrynówki, wina, absyntu i ziołowych likierów – był to jednakże wpływ nieznaczny, zapewniam…), po czym okazało się, że pośpiechu nie ma, albowiem lot opóźnionym jest. W Kopenhadze na przebiegnięcie od jednej maszyny latającej do drugiej miałam w związku z tym również dwadzieścia minut, rekordy zaś biła przesiadka w Barcelonie. W pełnym pędzie dopadłam okienka chek-inu, z włosem rozwianym, wzrokiem dzikim, suknią plugawą… pięć minut do odlotu… by uzyskać informację, że boarding się właściwie nawet nie rozpoczął.

W A Corunie dowiedziałam się, że mojego bagażu nie ma. Nie ma i nie wiadomo właściwie gdzie przepadł, bo przecież tyle lotnisk było po drodze, ale jak tylko się znajdzie, to dadzą mi znać, najpewniej już po południu. Cóż..
Prosto z lotniska pojechałam na statek, gdzie biedny Zbyszek męczył się z Ecdisem, ucieszył się bardzo z części, popatrzyłam mu trochę na ręce, potem pogadaliśmy jeszcze z załogą, po czym wróciliśmy do hotelu. Poczułam się jak w niebie… Dwie godziny spędzone w wannie z książką, plus piętnaście stopni za oknem, czyli dla każdego, kto spędził pół roku w Norwegii tropiki - raj.

Następnego dnia obudziłam się ok jedenastej i postanowiłam od razu ruszyć na zwiedzanie miasteczka. El Ferrol jest przepięknym małym portowym miastem z wielką duszą…Wysokie temperatury nie przeszkadzają mieszkańcom świętować Bożego Narodzenia, choć robią to w typowo hiszpański sposób – tydzień przed Wigilią zaczyna się fiesta, która trwa aż do Nowego Roku. Każdego wieczoru organizowane są koncerty, pokazy ulicznych artystów, happeningi i zabawa do białego rana.

Centrum miasta to cztery długie równoległe ulice, wraz z łączącymi je przecznicami rojące się od małych knajpek, sklepików i kafeterii. Ulice zaczynały się akurat przy moim hotelu, a kończyły w marinie, pełnej małych jachtów i żaglówek, przytulonych do siebie przy pomostach tak, że na żadną nową jednostkę nie znalazło już by się miejsce. Obejrzałam dokładnie targ rybny, na którym roiło się od wszelakich, wciąż jeszcze żywych i ruchomych owoców morza, a niektóre z nich pierwszy raz widziałam na oczy. Rozsłoneczniona marina była dla mnie błogosławieństwem samym w sobie, możliwość przycupnięcia na ławeczce pod palmą, z widokiem na morze i niebo, konkurujące między sobą o intensywność błękitu… Spędziłam tam dobrą godzinę, po prostu ciesząc zmysły.

Wieczorem udałam się na fiestę, trafiłam na ostatni koncert rodzimego zespołu, który po trzydziestu latach opuszczał scenę… W szczytowym momencie na scenie grało równocześnie aż 14 artystów na przeróżnych instrumentach, w tym słynnych, galicyjskich dudach. Trunki lały się obficie, jedzenie leżało na stołach, dostępne dla wszystkich, bezpłatne… Niestety, następnego dnia musiałam już wyjeżdżać, a muszę przyznać, że dawno nigdzie nie czułam się tak zrelaksowana, spokojna i poukładana jak tam…
Cóż mogę dodać więcej? Może tylko to, że o mały włos przez własną głupotę nie pozbawiłam się bagaży w Berlinie. A może to, ze te zgubione hiszpańskie jeszcze do mnie nie dotarły, ale może pojawią się przed nowym rokiem. Kto to wie.

https://picasaweb.google.com/gayaruthiel/ElFerrol

Rzym

6 grudnia 2007

Kiedy z kumplami z pracy wpadliśmy na pomysł weekendowego wypadu do Rzymu, wszystko brzmiało tak pięknie… Wyruszymy czwartkowej nocy po pracy, w piątek będziemy na miejscu, w niedzielę wieczorem wrócimy. Cały weekend nasz! Niestety, kiedy kupiliśmy bilety, linie lotnicze przesunęły nam godziny odlotów, i okazało się że w Rzymie spędzimy dokładnie dobę. Dwadzieścia cztery godziny na kolebkę kultury europejskiej. Bluźnierstwo…

Innego wyjścia jednak nie było, o umówionej godzinie zebraliśmy się, pojechaliśmy na lotnisko i ruszyliśmy w drogę. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mieliśmy pięć godzin przerwy między lotami w Mediolanie, co dawało nam dwie godziny na zwiedzanie miasta. Szybkim marszem obejrzeliśmy najciekawsze zabytki, zjedliśmy pierwszą włoską pizzę, załapaliśmy się nawet na wystawę zdjęć National Geographic. Wróciliśmy na przystanek coby wrócić na lotnisko i tu mój pech do komunikacji miejskiej uaktywnił się kolejny raz: Autobus spóźnił się niemal godzinę. Szczęściem w nieszczęściu było, że samolot też był opóźniony, wszytko ładnie się zgrało, a ja byłam tylko o parę kroków bliżej do ostatecznego zawału serca (lub wrzodów na żołądku, niepotrzebne skreślić).

Wreszcie, późną nocą, dotarliśmy do Rzymu. Z samego rana ruszyliśmy na zwiedzanie. Ja wyszłam nieco wcześniej, mając poukładane w głowie dokładnie co chcę zobaczyć i w jakiej kolejności. Okazuje się, że obejście całego miasta w jeden dzień na piechotę jest możliwe. Tylko stopy następnego dnia zaczynają lekko uwierać, ale to już pomniejsza niedogodność.

Rzeczy które wywarły na mnie największe wrażenie? Koloseum. Dopiero będąc wewnątrz, dotykając murów, uświadomiłam sobie ogrom historii, który do mnie przemawia. Wzruszenie dosłownie zabrało mi głos, a nie jestem z tych, których łatwo wzruszyć. Będę musiała jeszcze kiedyś tam wrócić i obejrzeć sobie wszystko na spokojnie.

A potem poznałam uroki dwudziestoczterogodzinnej podróży ;]

https://picasaweb.google.com/gayaruthiel/RzymskieWakacje

Gaustatoppen



Tej niedzieli postanowiliśmy zdobyć najwyższy szczyt Telemarku (sąsiedniego województwa), Gaustatoppen (W wolnym tłumaczeniu „Czubek świata”).

Wyruszyliśmy bladym świtem, czyli o dziewiątej, a podróż zajęła nam jakieś dwie godziny. Kolejne dwie godziny zajęło nam zdobywanie pierwszej stacji, i oczywiście nie mogłam tam wejść w normalny sposób.  Podczas wchodzenia rozdzieliliśmy się, bo każdy z nas dobrał tempo właściwe swej kondycji, a na łysej górze przecież trudno byłoby się zgubić. No, ale są ludzie i jestem też ja… Widząc majaczącego w oddali Radka i Andreasa ścinałam sobie zakręty nadrabiając drogę. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że przy którymś kolejnym ścięciu zgubiłam zarówno szlak, jak i sylwetkę Radka sprzed nosa. Postawiona w sytuacji bez wyjścia dziarsko poszłam przed siebie kierując się wprost na stację (na szczęście widoczną z daleka i z każdej pozycji). Nie przewidziałam jednak, że w niektórych miejscach mój skrót będzie prowadzić niemal pionowo po osypujących się głazach. Podczas ostatnich dwustu metrów nabrałam wewnętrznej pewności, że jeśli za chwilę nie wyjdę na płaski kawałek, usiądę na kamieniu i będę tak siedzieć do końca życia. Upór wziął jednak górę (równolegle ze świadomością, że Radek wypominałby mi to do końca życia) i doczłapałam na stację. Po ciepłej herbatce i czekoladzie, po piętnastu minutach byłam gotowa iść na szczyt. Na samą górę dotarłam już tylko z Radkiem, reszta naszej siedmioosobowej załogi zrezygnowała z dodatkowych atrakcji. Kolacja w chińskiej knajpie poparta zimnym piwkiem była już tylko przyjemnym dopełnieniem.
http://picasaweb.google.pl/gayaruthiel/Rjukan_21102007

Garść spostrzeżeń z emigracji

Należy zauważyć, że spostrzeżenia te dotyczną głównie mieszkańców Kongsberga. Mentalność zachodnich, południowych i północnych mieszkańców Norwegii jest zgoła inna.

18 października 2007

1. O Polakach :

- Dopiero z perspektywy i na tle innych kultur widzę, jak żywe jest wśród nas wciąż wspomnienie wojny. Ani pokolenie moich rodziców, ani moje nie przeżyło tego na własnej skórze. Ale… kiedyś moim największym strachem przed zaśnięciem był wybuch trzeciej wojny światowej. Gdy jeszcze zdarzało mi się modlić, modliłam się by nigdy do niej nie doszło. Wojna dawno się skończyła, ale czasem mam wrażenie, że podświadomie próbujemy się przygotować na wypadek następnej.  Pukając w niemalowane drewno uczymy się strzelać, gromadzimy słoiki w piwnicy, znamy wyposażenie wojsk z tamtych czasów i obecnych, opowiadamy dowcipy o partyzantach… nie idziemy do wojska, ale dbamy o to, by „w razie W” być w stanie sobie poradzić…

- Podobnie jest z historią. Nie wiem, czy jest jeszcze jakiś naród, który tak dobrze zna swoja historię jak my. To, że jako nacja nie wyciągamy z niej żadnych wniosków jest zupełnie inną sprawą.

- Dopiero po wyjeździe zaczyna doceniać się polską kuchnię i zaopatrzenie. Polskie bazarki są darem losu. Okazuje się, że takie rzeczy jak sztuka mięsa wołowego/cielęcego to marzenie, dotyczy to również buraków. I kapusty kiszonej. I ogórków konserwowych (o kiszonych nie wspominając). I sera białego. I pietruszki. I całej masy innych rzeczy, bez których jakość życia obniża się o połowę. (Tu trzeba zaznaczyć, że nie mieszkałam w Oslo a w 39 pod względem liczby ludności miasteczku. Takiej małej mieścinie gdzie sklep meblowy zajmuje trzy piętra centrum handlowego i można się w nim zgubić…)

2. O Norwegach :

- Zadziwiający, przesympatyczny,  rozpuszczony naród. Zanim odkryto tu ropę (a po tym jak przestało się opłacać wydobycie srebra) panowała tu bieda z gatunku piszczących, a po odkryciu ropy wszystko bardzo gwałtownie się zmieniło. Obdarzeni tym całym bogactwem nie stali się aroganccy (tzn uważają, że Norwegia jest najlepsza na świecie i w związu z tym nie ma co się męczyć podróżami, ale ten pogląd utrzymuje się jeszcze od zamierzhłych czasów i z ropą nie miał nic wspólnego) ale … Najlepiej widać to na przykładzie jabłek. Jabłek w Kongsbergu, tych z jabłoni rosnących tuż za oknem w ogródku nikt nie zbiera, nawet gdy już same opadną. Jabłka na drzewie są po to, by ładnie wyglądać, a jabłka do jedzenia bierze się ze sklepu. To samo z czereśniami, jagodami, śliwkami, wszystkim. Sklepy są do dostarczania pokarmu ciału, ogrody pokarmu duszy.

- Problemem Norwegów wcale nie jest to, że piją więcej niż Polacy. Oni po prostu nie nauczyli się jeszcze, że nie należy mieszać. Norweg jest wstanie wlać w siebie serię napojów (jednego wieczoru) w następującej kolejności : wino, piwo, wódka, szampan, słodkie wino, koniak, drink, likier, piwo, wódka, whisky i resztę najzupełniej losowych rzeczy, wychodząc z założenia, że jeśli ktoś się nie porzyga na imprezie, impreza nie była udana. Swoją drogą niesamowite jak zimni i zamknięci w sobie mieszkańcy Kongsberga otwierają się po drugim piwie, przechodząc czasem spontanicznie do wyznawania gorących uczuć całemu światu… Może powinni strzelać setkę każdego poranka?

- Ponieważ podejście do ekonomii i przełożenie ilości zużytego prądu do pieniędzy które trzeba będzie za niego zapłacić są diametralnie różne od polskich, Norwedzy potrafią spędzić wieczór z prawdziwą (jak dla moich polskich oczu) fantazją. Na dworze trzaska minus pięć, a oni wychodzą na taras, ustawiają grilla, piją schłodzone drinki… a wszystko to umożliwia podgrzewana podłoga zainstalowana na tymże zewnętrznym tarasie.

3. Dowcipy o Brytyjczykach zaczynających rozmowę od pogody NIE są przesadzone.

4. Pełne mleko to po norwesku Hellmelk. Mleko z piekła rodem. Mleko Szatana ;]